elgreko@fermat ~ $ ps -A|grep crypt 6059 ? 00:00:00 truecrypt 6061 ? 00:00:00 truecrypt 6093 ? 00:00:00 kcryptd_io 6094 ? 00:00:07 kcryptd 6931 ? 00:00:00 kcryptd_io 6933 ? 00:00:02 kcryptd
powiem, że takiego pisarskiego (<- to jest słowo na wyrost) kryzysu nie miałem od dawna. nie mogę nic napisać, choć bardzo chcę i… bardzo muszę. muszę pisać na dasNichtsu (bo lubię), muszę napisać pracę dla Anny W. (bo MISH chce ode mnie dwie prace w tym roku), muszę pisać artykuły dla Agory (bo muszę dorobić kasę na Leuven), a nie mogę napisać nic a nic. dochodzi do tego, że gdy natykam się na jakieś swoje licealne wypociny, to się nimi autentycznie zachwycam.
przerażające.
(to jest dosyć długi post, jak się komuś nie chce długich historii czytać, to niech lepiej nie czyta)
wczoraj w nocy (około 23:25) zakończył się najintensywniejszy urlop w moim życiu. urlop trwał 24 godziny, rozszerzony o kilkanaście kolejnych, w związku z wczorajszym świętem. spędzony został z Karoliną, Leonem i Nadine (koleżanka Leona), trochę na plaży, trochę w Poznaniu, a głównie w pociągach i na dworcach. Leon już coś na temat wycieczki napomknął, za co chwała mu, ja natomiast postaram się opisać wyjazd możliwie rzetelnie. (może pomoże to mojej pisarskiej niemocy?)
około 10:25 jesteśmy na dworcu Gdynia Główna. słoneczko świeci, aparat wyjmujemy z plecaka, włączamy tryb turystyczny. gdy tylko wychodzimy z dworca, podjeżdża piętrowy (i darmowy!) autobus linii 050 i zawozi nas na przystań tramwaju wodnego. Gdynia jest wspaniała, słoneczko przygrzewa, panowie w żółtych koszulkach nie pozwalają nam się zbliżyć do “Daru Pomorza”, bo jesteśmy za blisko świeżo ustawionej sceny przygotowywanej na koncert Erica Claptona. nic to, myślimy, i udajemy się do kasy biletowej z pieniędzmi odliczonymi na cztery bilety, bo przecie zaraz dołączą do nas Leon z Nadine (pospieszny z Poznania Głównego przyjeżdża o 11:20). tu pierwsza przykra niespodzianka wycieczki: biletów nie ma, wszystkie wyprzedane. na żadne interesujące nas godziny nie ma nic, nawet z kilkudniowym wyprzedzeniem. wykonujemy kilka telefonów do Leona i po przedyskutowaniu sprawy stwierdzamy, że gdzieś pojedziemy jakimś pociągiem i spotkamy się na dworcu PKP.
robię Karolinie zdjęcie na tle ORP “Błyskawica” i idziemy z powrotem na Dworzec.na dworcu spotykamy Leona i poznajemy Nadine, i szybko dochodzimy do wniosku, że wcale nas nie boli to, że osobowy na Hel jedzie planowo dwie godziny, i że chcemy i tak foki zobaczyć. ustawiamy się w gigantycznych kolejkach zupełnie niepotrzebnie, bo Nadine sobie tylko znanym sposobem zdobywa 4 bilety w dwie minuty i już za chwilę siedzimy w piętrowym osobowym. od tej pory nic już nie będzie się działo normalnie.
chodzimy po plaży, Leon pływa, robimy sobie zdjęcia i zachwycamy się Helem. w takiej chwili uzmysławiam sobie, że nie ma absolutnie znaczenia jakim kosztem się tu znaleźliśmy (i nie mam bynajmniej na myśli pieniędzy), bo chodzenie brzegiem polskiego fragmenciku Atlantyku jest, jak mówi reklama, bezcenne. wszyscy są zadowoleni, Karolina aż tryska radochą.
miasto Hel jest całkowicie przeżarte turystyką. wszystko jest tu tylko dla turystów i wszędzie są tylko turyści, a przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. przechodzimy je wzdłuż i wszerz bez trudu, odwiedzamy latarnię morską i port (jedno i drugie okazało się kiepską atrakcją), a w końcu kończymy na tzw. cyplu, czyli dawnym terenie helskiej jednostki wojskowej, a obecnie plaży, różniącej się zasadniczo od plaży głównej liczbą ludzi i poziomem hałasu (o jak mnie do szewskiej pasji doprowadzają te tłumy ludzi). tam spędzamy w sumie najwięcej czasu, bo wreszcie możemy spokojnie usiąść na piasku i popatrzeć na morze.
decydujemy się wrócić późniejszym pociągiem do Gdyni, bo, jak mówi Leon, “wrócimy jakimś nocnym do Poznania, ok. trzeciej w nocy chyba jest” (o tym będzie jeszcze mowa). zbieramy się z helskiej plaży dopiero około 19:40 i kierujemy, a jakże, na dworzec PKP Hel.na peronie atmosfera jest niesympatyczna. tłum ludzi ledwo się na nim mieści, a ze stojącego obok InterCity słyszmy niepokojące urywki rozmowy pasażera z kolejarzem (“Panie, ten pociąg ma 12 godzin opóźnienia, Pan wiesz co to jest 12 godzin opóźnienia? Nie wiem, kiedy ruszymy”). nie mamy wyjścia, więc czekamy, aż coś przyjedzie. faktycznie przyjeżdża “coś”, jakiś pociąg, ni to TLK, ni to pospieszny, ale napisane ma, że przez Gdynię jedzie, więc pakujemy się do środka. jesteśmy jednymi z tych szczęściarzy, którym udaje się zająć miejsca siedzące, niestety radość z takiego stanu rzeczy szybko mija, bo okazuje się, że jesteśmy nieco zmęczeni, a o wyciągnięciu się na szerokość całej kanapy nie ma mowy — już przed Władysławowem pociąg zapchany jest pod sufit. co się dzieje pomiędzy Puckiem a Gdynią nie wiem, bo śpię, podobnie jak reszta wycieczki. budzimy się w okolicach Rumii, w Gdyni wysiadamy i sprawdzamy, o której jest pociąg. this is where the fun part starts, keep reading.
nie jest fajnie, bo jest (a) głodno i (b) zimno, a w Gdyni jak na złość nie możemy znaleźć żadnego otwartego lokalu, który nie odpychałby z dala. wszyscy oprócz kazika posilamy się kebabami w okolicach skweru Kościuszki (od czasu zakończenia pracy w GTK kazik nie tknął kebaba i nie zanosi się na zmianę tego stanu rzeczy) i kierujemy w stronę przystani. z napotkanego jazz clubu jesteśmy na starcie wyproszeni (“zaraz zamykamy”), ale obok otwarty jest namiot z szyldem Heinekena i napisem “Forrest Cafe” (jak się później okazuje, nazwa pochodzi od wyświetlanego w lokalu w kółko pewnego znanego filmu z Tomem Hanksem w roli głównej). cóż, ważne, że są kanapy i jest odrobinę mniej zimno niż na zewnątrz, więc siadamy i wypijamy po piwku lub po kawce, co kto lubi. około drugiej w nocy stwierdzamy, że powinniśmy jednak zobaczyć Gdańsk, więc zwijamy się ponownie w kierunku dworca.
plany o zwiedzaniu Gdańska z oczywistych powodów zostają natychmiast odrzucone. mamy ochotę zjeść jakiegoś fastfooda, ale niestety tak McDonald’s jak i kurczaki z Kentucky są nieczynne. dalej już coraz gorzej z rekonstrukcją zdarzeń, pamiętam tylko jak siadamy na schodach gdzieś na dworcu i zasypiamy.
budzimy się w Poznaniu, niedługo przed dworcem głównym. dochodzimy szybko do siebie i całkiem weseli wysiadamy, gdy pociąg wreszcie dojeżdża do Poznania.
gdy już się ogarniemy, wsiadamy ponownie w tramwaj i jedziemy zwiedzać Poznań. ja jestem w tym mieście pierwszy raz i nie kryję podziwu. Poznań, w odróżnieniu od Warszawy, ma świetnie zorganizowaną przestrzeń miejskiego centrum, z piękną starówką, i uroczymi małymi uliczkami. mimo ulewnego deszczu chodzimy cały dzień po mieście, zwiedzając Farę, kościół franciszkanów, Ostrów Tumski (niestety tylko z zewnątrz) i bar, w którym serwują tanie a dobre spaghetti. o jakiejś 17:30 jesteśmy znów, a jakże, na dworcu PKP Poznań Główny.