memory upgrade


elgreko ~ $ cat /proc/meminfo
MemTotal: 1294884 kB

mercy!

paranoid mode: ON

elgreko@fermat ~  $  ps -A|grep crypt
 6059 ?        00:00:00 truecrypt
 6061 ?        00:00:00 truecrypt
 6093 ?        00:00:00 kcryptd_io
 6094 ?        00:00:07 kcryptd
 6931 ?        00:00:00 kcryptd_io
 6933 ?        00:00:02 kcryptd

z drugiej strony co w tym dziwnego, że troszczę się o bezpieczeństwo swoich danych?
i niech mi ktoś powie, że nieładny chłopak jestem. (zdjęcie zrobił Leon)
i niech mi ktoś powie, że nieładny chłopak jestem. (zdjęcie zrobił Leon)

i used to write

powiem, że takiego pisarskiego (<- to jest słowo na wyrost) kryzysu nie miałem od dawna. nie mogę nic napisać, choć bardzo chcę i… bardzo muszę. muszę pisać na dasNichtsu (bo lubię), muszę napisać pracę dla Anny W. (bo MISH chce ode mnie dwie prace w tym roku), muszę pisać artykuły dla Agory (bo muszę dorobić kasę na Leuven), a nie mogę napisać nic a nic. dochodzi do tego, że gdy natykam się na jakieś swoje licealne wypociny, to się nimi autentycznie zachwycam.

przerażające.

uwaga na marginesie: jak zapewne niektórzy zauważyli, lejałt dasNichtsa po raz kolejny się zmienił. w związku z tym, jak mi doniesiono i co przed chwilą potwierdziłem, strona nie wyświetla się poprawnie pod IE 6 i 7, i nie będzie się tam poprawnie wyświetlać, bo nie chce mi się poprawiać cssa pod te przeglądarki. porada dla czytelników: używajcie Firefoxa, Opery, Safari albo czegoś opartego o Webkit, bo działa.

druga uwaga, na marginesie marginesu, to brak odnośnika do mojej picasy. nie ma go i raczej nie będzie, bo przestałem jej używać. jeśli ktoś chce obejrzeć moje zdjęcia, niech ich szuka na flickrze (link także po lewo od tytułu, na górze strony), a jeśli ktoś koniecznie chce zobaczyć, co tam było na picasie, to tu jest jej adres (proszę sobie gdzieś zapisać, albo zazakładkować).

goto Hel;

(to jest dosyć długi post, jak się komuś nie chce długich historii czytać, to niech lepiej nie czyta)

wczoraj w nocy (około 23:25) zakończył się najintensywniejszy urlop w moim życiu. urlop trwał 24 godziny, rozszerzony o kilkanaście kolejnych, w związku z wczorajszym świętem. spędzony został z Karoliną, Leonem i Nadine (koleżanka Leona), trochę na plaży, trochę w Poznaniu, a głównie w pociągach i na dworcach. Leon już coś na temat wycieczki napomknął, za co chwała mu, ja natomiast postaram się opisać wyjazd możliwie rzetelnie. (może pomoże to mojej pisarskiej niemocy?)

czwartek, 14.08.2008, 3:30 AM CEST, mieszkanie na Madalińskiego, Warszawa

wstajemy z Karoliną w środku nocy, bo o 4:25 mamy N37 na centralny, a o 4:50 pospieszny do Gdyni Głównej. jest rano, jest ciężko. obawiamy się, że w pociągu nawet nie usiądziemy, bo jedzie z Zakopanego, a sądząc z ilości miejscówek dostępnych na TLK czy promocyjnych biletów IC (odpowiednio: zero i zero), mogą być problemy żeby do tego pociągu wsiąść. wszelkie obawy okazują się jednak niepotrzebne: pociąg jest prawie pusty, dzielimy przedział z zaspaną parą (obudzili się dopiero w okolicach Gdańska). podróż jest przyjemna, wschód słońca obserwujemy za Wschodnią, a czas umila nam dwóch pasażerów z przedziału za nami (jeden to Humanista, sądząc ze sposobu wypowiadania się (“jestem platonikiem dążącym do doskonałości”) student Komparatystyki UJ, drugi to kibol, sądząc ze sposobu wypowiadania się (“k**wa, dlaczego ten w dupę je***y pociąg k**wa nie jedzie, do ch**a”) — Wisły Kraków).

około 10:25 jesteśmy na dworcu Gdynia Główna. słoneczko świeci, aparat wyjmujemy z plecaka, włączamy tryb turystyczny. gdy tylko wychodzimy z dworca, podjeżdża piętrowy (i darmowy!) autobus linii 050 i zawozi nas na przystań tramwaju wodnego. Gdynia jest wspaniała, słoneczko przygrzewa, panowie w żółtych koszulkach nie pozwalają nam się zbliżyć do “Daru Pomorza”, bo jesteśmy za blisko świeżo ustawionej sceny przygotowywanej na koncert Erica Claptona. nic to, myślimy, i udajemy się do kasy biletowej z pieniędzmi odliczonymi na cztery bilety, bo przecie zaraz dołączą do nas Leon z Nadine (pospieszny z Poznania Głównego przyjeżdża o 11:20). tu pierwsza przykra niespodzianka wycieczki: biletów nie ma, wszystkie wyprzedane. na żadne interesujące nas godziny nie ma nic, nawet z kilkudniowym wyprzedzeniem. wykonujemy kilka telefonów do Leona i po przedyskutowaniu sprawy stwierdzamy, że gdzieś pojedziemy jakimś pociągiem i spotkamy się na dworcu PKP.

Caroline and ORP "Błyskawica"
Ryc. 1 — Karolina na tle ORP “Błyskawica”
robię Karolinie zdjęcie na tle ORP “Błyskawica” i idziemy z powrotem na Dworzec.

na dworcu spotykamy Leona i poznajemy Nadine, i szybko dochodzimy do wniosku, że wcale nas nie boli to, że osobowy na Hel jedzie planowo dwie godziny, i że chcemy i tak foki zobaczyć. ustawiamy się w gigantycznych kolejkach zupełnie niepotrzebnie, bo Nadine sobie tylko znanym sposobem zdobywa 4 bilety w dwie minuty i już za chwilę siedzimy w piętrowym osobowym. od tej pory nic już nie będzie się działo normalnie.

czwartek, 14.08.2008, 11:58 AM CEST, dworzec PKP Gdynia Główna

siedzimy w osobowym relacji Gdynia Główna -> Hel, który podstawiony jest z ponad 40-minutowym opóźnieniem. opóźnienie, jak na PKP przystało, zwiększa się. tłum ludzi, gorąco jak w saunie, a pociąg stoi. my na szczęście mamy miejsca siedzące, ale szyba koło nas wcale się nie otwiera. robi się coraz ciężej, bo choć około 12:15 pociąg wreszcie rusza, to niestety zatrzymuje się co chwilę w szczerym polu (“w szczerej dupie”, komentuje dosadnie zdenerwowany kazik). postanawiamy jednak zachować pogodę ducha, bo w końcu są wakacje, świeci słońce, a po zatoce pływają windsurfingowcy z kolorowymi żaglami. o jakiejś 14:40 jesteśmy na Helu i marzymy tylko o jednym: o smażonej rybce i zimnym piwku. gdy wreszcie docieramy do pierwszej z brzegu smażalni, radości nie ma końca. ryba jest dobra, piwo poprawia nastrój, ci co się jeszcze nie przebrali w wakacyjne stroje mają po temu okazję, a z oddali dochodzi nas cudowny szum morza. wszyscy są szczęśliwi.

chodzimy po plaży, Leon pływa, robimy sobie zdjęcia i zachwycamy się Helem. w takiej chwili uzmysławiam sobie, że nie ma absolutnie znaczenia jakim kosztem się tu znaleźliśmy (i nie mam bynajmniej na myśli pieniędzy), bo chodzenie brzegiem polskiego fragmenciku Atlantyku jest, jak mówi reklama, bezcenne. wszyscy są zadowoleni, Karolina aż tryska radochą.


Ryc. 2 — Karolina i Leon zadowoleni z pobytu w Helu.

czwartek, 14.08.2008, ok. 4:45 PM CEST, fokarium na Helu

gdy mamy już dość plaży, kierujemy się w stron fok (Karolina jeszcze ich dobrze nie zna, ale już jest ich wielką fanką), wabieni dodatkowo karmieniem, które ma się zacząć o 17:00. foki są urocze, pływają między basenami bardzo wdzięcznie i co jakiś czas wydają z siebie różne odgłosy. karmienie okazuje się jednak kiepską atrakcją, więc gdy mamy już fok dosyć, wychodzimy i kierujemy się w stronę miasta.

miasto Hel jest całkowicie przeżarte turystyką. wszystko jest tu tylko dla turystów i wszędzie są tylko turyści, a przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. przechodzimy je wzdłuż i wszerz bez trudu, odwiedzamy latarnię morską i port (jedno i drugie okazało się kiepską atrakcją), a w końcu kończymy na tzw. cyplu, czyli dawnym terenie helskiej jednostki wojskowej, a obecnie plaży, różniącej się zasadniczo od plaży głównej liczbą ludzi i poziomem hałasu (o jak mnie do szewskiej pasji doprowadzają te tłumy ludzi). tam spędzamy w sumie najwięcej czasu, bo wreszcie możemy spokojnie usiąść na piasku i popatrzeć na morze.

I'm a traveller of both time and space
Ryc. 3 — kazik też tam był!
decydujemy się wrócić późniejszym pociągiem do Gdyni, bo, jak mówi Leon, “wrócimy jakimś nocnym do Poznania, ok. trzeciej w nocy chyba jest” (o tym będzie jeszcze mowa). zbieramy się z helskiej plaży dopiero około 19:40 i kierujemy, a jakże, na dworzec PKP Hel.

czwartek, 14.08.2008, ok. 8:20 PM CEST, dworzec PKP Hel

kasa biletowa na dworcu jest nieczynna, więc bilety trzeba kupić u kierownika pociągu. idziemy więc do osobowego, który stoi na bocznicy (co prawda bez lokomotywy, ale jako że dużo ludzi już siedzi w środku, pewnie ją podstawią, myślimy) i kupujemy bilety. ledwo zdążymy usiąść, a tu już nas dochodzą słuchy, że ten pociąg nie pojedzie, i że zaraz podstawią TLK do Krakowa, który pojedzie do Gdyni jako osobowy. trudno, wychodzimy z powrotem na peron.

na peronie atmosfera jest niesympatyczna. tłum ludzi ledwo się na nim mieści, a ze stojącego obok InterCity słyszmy niepokojące urywki rozmowy pasażera z kolejarzem (“Panie, ten pociąg ma 12 godzin opóźnienia, Pan wiesz co to jest 12 godzin opóźnienia? Nie wiem, kiedy ruszymy”). nie mamy wyjścia, więc czekamy, aż coś przyjedzie. faktycznie przyjeżdża “coś”, jakiś pociąg, ni to TLK, ni to pospieszny, ale napisane ma, że przez Gdynię jedzie, więc pakujemy się do środka. jesteśmy jednymi z tych szczęściarzy, którym udaje się zająć miejsca siedzące, niestety radość z takiego stanu rzeczy szybko mija, bo okazuje się, że jesteśmy nieco zmęczeni, a o wyciągnięciu się na szerokość całej kanapy nie ma mowy — już przed Władysławowem pociąg zapchany jest pod sufit. co się dzieje pomiędzy Puckiem a Gdynią nie wiem, bo śpię, podobnie jak reszta wycieczki. budzimy się w okolicach Rumii, w Gdyni wysiadamy i sprawdzamy, o której jest pociąg. this is where the fun part starts, keep reading.

czwartek, 14.08.2008, ok. 11:30 PM CEST, dworzec PKP Gdynia Główna

sytuacja jest odrobinę gorsza niż myśleliśmy, bo pociągu nocnego do Poznania jednak nie ma. jest pociąg wczesnoporanny, odjeżdża o 4:58 bodajże. robi się średnio. po raz kolejny jednak postanawiamy nie tracić humoru i pozwiedzać w nocy Gdynię. Leon wpada na pomysł, że można by podjechać jakimś SKMem do Gdańska gdy znudzi nam się Gdynia, więc kupujemy jeszcze bilety na SKMkę i ruszamy w miasto.

nie jest fajnie, bo jest (a) głodno i (b) zimno, a w Gdyni jak na złość nie możemy znaleźć żadnego otwartego lokalu, który nie odpychałby z dala. wszyscy oprócz kazika posilamy się kebabami w okolicach skweru Kościuszki (od czasu zakończenia pracy w GTK kazik nie tknął kebaba i nie zanosi się na zmianę tego stanu rzeczy) i kierujemy w stronę przystani. z napotkanego jazz clubu jesteśmy na starcie wyproszeni (“zaraz zamykamy”), ale obok otwarty jest namiot z szyldem Heinekena i napisem “Forrest Cafe” (jak się później okazuje, nazwa pochodzi od wyświetlanego w lokalu w kółko pewnego znanego filmu z Tomem Hanksem w roli głównej). cóż, ważne, że są kanapy i jest odrobinę mniej zimno niż na zewnątrz, więc siadamy i wypijamy po piwku lub po kawce, co kto lubi. około drugiej w nocy stwierdzamy, że powinniśmy jednak zobaczyć Gdańsk, więc zwijamy się ponownie w kierunku dworca.

piątek, 15.08.2008, ok. 2:30 AM CEST, dworzec kolei podmiejskiej w Gdyni

no, teraz jest już zupełnie śpiąco. ledwo trzymamy się na nogach, na dworcu SKM nie ma nawet czynnej toalety, a ławka do siedzenie jest tylko jedna. około 3:00 wychodzimy na peron, gdzie jesteśmy świadkami sympatycznej dyskusji pomiędzy sokistami a miłośnikami Arki Gdynia, a około 3:05 wsiadamy w pociąg SKM do Gdańska. nie wiem dokładnie, co się wtedy dzieje, bo wszyscy tracimy co chwilę przytomność. pamiętam tylko, że około 3:30 wysiadamy na dworcu Gdańsk Główny.

plany o zwiedzaniu Gdańska z oczywistych powodów zostają natychmiast odrzucone. mamy ochotę zjeść jakiegoś fastfooda, ale niestety tak McDonald’s jak i kurczaki z Kentucky są nieczynne. dalej już coraz gorzej z rekonstrukcją zdarzeń, pamiętam tylko jak siadamy na schodach gdzieś na dworcu i zasypiamy.

piątek, 15.08.2008, ok. 4:50 AM CEST, dworzec PKP Gdańsk Główny

otwieram oczy i pierwsze co widzę, to dworcowy zegar wskazujący godzinę 4:50. pierwsza myśl: o 5:00 otwierają fastfooda, icanhascheezburger! wstaję więc szybko, budzę Karolinę i idziemy pod McDonald’sa, gdzie stoi już kolejka ludzi przy drzwiach. za chwilę dołączają do nas Leon z Nadine (“przepędzili nas ze schodów…”) i już wesoło wcinamy tosty z serem i szynką (cheesburgerów nie ma w “śniadaniowym” menu). o 5:20 wsiadamy w pospieszny do Poznania i ponownie idziemy spać.

budzimy się w Poznaniu, niedługo przed dworcem głównym. dochodzimy szybko do siebie i całkiem weseli wysiadamy, gdy pociąg wreszcie dojeżdża do Poznania.

piątek, 15.08.2008, ok. 10:20 AM CEST, dworzec PKP Poznań Główny

Leon kupuje nam bilety na tramwaj i wychodzimy wszyscy z dworca. zostawiamy Nadine na przystanku “Bałtyk” i żegnamy ją (Nadine jest z Poznania), sami udając się na Rondo Kaponiera i zmierzając w kierunku mieszkania Leona. pogoda pogorszyła się niestety radykalnie, pada mżawka na przemian z całkiem solidnym deszczem, ale Poznań i tak sprawia całkiem dobre wrażenie. u Leona jemy śniadanie (pyszną jajecznicę), myjemy i cieszymy się kapitalnym prezentem, który Leon przywiózł nam z Chin. prezent jest wspaniały, każdy kto nas odwiedzi ma szansę go zobaczyć. powiem tylko, że jest oryginalny, bo wyprodukowany w Chinach.

gdy już się ogarniemy, wsiadamy ponownie w tramwaj i jedziemy zwiedzać Poznań. ja jestem w tym mieście pierwszy raz i nie kryję podziwu. Poznań, w odróżnieniu od Warszawy, ma świetnie zorganizowaną przestrzeń miejskiego centrum, z piękną starówką, i uroczymi małymi uliczkami. mimo ulewnego deszczu chodzimy cały dzień po mieście, zwiedzając Farę, kościół franciszkanów, Ostrów Tumski (niestety tylko z zewnątrz) i bar, w którym serwują tanie a dobre spaghetti. o jakiejś 17:30 jesteśmy znów, a jakże, na dworcu PKP Poznań Główny.

piątek, 15.08.2008, ok. 5:40 PM CEST, dworzec PKP Poznań Główny

tym razem mamy bilet na pociąg TLK, z miejscówkami. jest przyjemnie, pusto, w przedziale oprócz nas tylko jedna osoba. trochę czytamy, trochę śpimy, przez burze i związane z nią problemy kolejowe docieramy do Warszawy z opóźnieniem ponad 30 minut. na szczęście o 23:15 mamy kochane N37 (Dw. Centralny -> Os. Kabaty), którym podjeżdżamy bez problemów do domku. myjemy się i padamy na łóżeczko. najintensywniejszego urlopu koniec.

wnioski

z odbytej wycieczki wyciągam następujące wnioski:
  • jeśli możecie, jeździjcie na wariata, wsiadając w cokolwiek gdziekolwiek, sypiając na peronach czy schodach dworców i robiąc wszystko możliwie jak najbardziej spontanicznie — odmładza;
  • dobrze jest wziąć ze sobą sporo jedzenia i to bynajmniej nie dlatego, że żarcie w kurortach drogie (jak się nie jeździ za często po świecie, to można czasem przeboleć wyższe ceny), ale dlatego, że czasem możecie nie znaleźć żadnego sprzedającego choćby najpodlejsze żarcie miejsca;
  • nigdy nie ufajcie PKP, choćby to było InterEuroSuperCity;
  • dobrze jest wyrwać się z korporacyjnego trybu życia choćby i na 40 godzin, nie jest to wcale głupie i nie jest bez sensu;
  • kluczową sprawą dla pomyślnej wycieczki jest odpowiednie towarzystwo — pozdro dla Leona i Nadine!
Kolejna izwiestna czapeczka
Kolejna izwiestna czapeczka