o "U2 3D" subiektywnie

zanim zaczniemy zaznaczam, że jestem wieloletnim fanem U2 i uważam, że są najlepszym zespołem rockowym w dziejach świata, tak więc poniższy wpis jest dosyć subiektywny (to say the least); jeśli komuś to się nie podoba, może nie czytać i nie komentować, i nie psuć mi mózgu. rzekłem.

zbierałem się do pójścia na film “U2 3D” dosyć długo, ale w końcu poszedłem i właśnie wróciłem. byłem na nim razem z Karoliną w kinie imax na sadybie i od parudziesięciu minut zbieram się do napisania czegoś na temat tego wydarzenia. chyba się zebrałem.

na początek wyjaśnijmy sobie niektóre “zupełnie kluczowe kwestie”, jak mawiała pewna pani doktor. “U2 3D” jest filmem będącym swego rodzaju zapisem koncertu(-ów) z trasy “Vertigo Tour”. materiał pochodzi z czterech występów zespołu w Ameryce Południowej i został nagrany technologią 3D. ponoć przedsięwzięcie jest pionierskie, a sposób realizacji nowatorski, ale na dobrą sprawę to nie wiem, bo się nie znam. fakt faktem: mamy około 5090-minutowy koncert U2 nagrany w technologii 3D i wyświetlany w kinach. możemy więc za jakieś 20 pln doświadczyć wrażeń niczym z prawdziwego koncertu rockowego, a przynajmniej tak twierdzą materiały reklamowe. czy tak jest w rzeczywistości? nie do końca, choć uważam, że pójście na “U2 3D” to najlepiej wydane 20 pln w ciągu ostatnich kilku lat. ale po kolei.

gdy już usiądziemy wygodnie w fotelu, gdy pani z kina imax opowie nam o wymiarach ekranu i gdy zgasną światła, odgłosy sali zaczną powoli być zagłuszane przez narastające wrzaski argentyńskiej publiki. stopniowo jesteśmy wbijani w fotel: kolejne gwałtownie zmieniane ujęcia pokazują zespół próbujący przed występem, tłumy ludzi na stadionie i biegnącą dziewczynę, która chyba nie chce się spóźnić na koncert. napięcie powoli rośnie i w końcu słyszymy jak Larry rozpoczyna Vertigo, a Bono wita się z publiką śpiewając “hello, hello”. dalej jest już z górki: wszyscy krzyczą razem z wokalistą “uno, dos, tres”, światła się zapalają, wchodzi Edge i już tylko czysty czad leje się na publikę. w tym momencie nie mogę się powstrzymać: Jeeezuuu!!! jak oni świetnie grają!!! jak to kapitalnie wygląda!!! jakie to geeeniaaalneee!!! łaaaaaaa!!!

no bo powiedzmy sobie wprost: w kategoriach audiowizualnych show jest nieziemski. powala na kolana i zrywa berecik. nigdy wcześniej nie byłem na żadnym filmie zrealizowanym w technologii 3D, ale to, co dziś zobaczyłem po prostu wgniotło mnie w fotel. iluzja, jakiej doświadcza odbiorca jest pod każdym względem niesamowita. gdy Adam Clayton obraca się, odruchowo pochylam głowę, żeby nie dostać gryfem jego gitary. bębny Larry’ego błyszczą wszystkimi kolorami, mogę nawet przeczytać listę piosenek z kartki, którą ma przy perkusji. Edge stoi tuż obok mnie, a Bono niemalże mnie dotyka, gdy wyciąga rękę do publiczności podczas Sunday Bloody Sunday. naprawdę uważam, że nawet dla osoby nie będącej fanem U2, ba, nawet dla kogoś kto ich nie lubi, warto iść do kina tylko po to, aby doświadczyć tych wszystkich wrażeń. ale dosyć o sztuczkach audiowizualnych. po pewnym czasie przyzwyczajamy się do nich i można wtedy spojrzeć na “U2 3D” nieco inaczej.

po pierwsze muzyka. zespół jest w doskonałej formie, słyszymy podczas filmu prawie wszystkie największe przeboje. ze starszych piosenek New Year’s Day, Where the Streets Have No Name, Bullet the Blue Sky, Pride i With or Without You, z nowszych oczywiście Vertigo, a ponadto Beautiful Day, Love and Peace or Else, One, Miss Sarajevo czy The Fly (IMHO najlepszy fragment filmu). cała czwórka po raz kolejny potwierdza klasę i od strony wykonawczej nie można U2 nic zarzucić. jest perfekcyjnie.

po drugie natomiast, “przesłanie” (aka the message). sprawa kontrowersyjna i nie mam zamiaru w tym miejscu dyskutować kwestii autentyczności/szczerości postawy Bono i reszty zespołu. każdy ma chyba wyrobione własne zdanie na ten temat i wie co myśli. ja jestem może naiwniakiem, ale od szczenięcych lat głęboko wierzę w szczerość Bono, popieram jego działania i jestem głuchy na głosy krytyki (co sprawia, że kiepski ze mnie republikanin). pytanie, jakie zadają sobie zapewne przeciwnicy ratowania świata, to czy film nie jest przeideologizowany. otóż uważam, że nie. jest więcej gadania o Dobru i Pięknie niż na koncertach z trasy “Elevation” (że o “Pop Mart” czy “Zoo TV” nie wspomnę), ale mniej niż na wydanym jakiś czas temu koncercie z Chicago. jest po środku, czyli jak dla mnie znośnie (bo o ile popieram działania Bono na rzecz ratowania świata, o tyle przeideologizowanego gadania podczas rockowych koncertów nie cierpię).

grają świetnie, show jest przedni, Bono nie gada za dużo, czyli… jest doskonale? no prawie. zarzutów mam kilka i wymienię je w kolejności ciężkości.

  1. cicho. nie wiem czy to wina konkretnego sadybowego imaksa, czy to ja już głuchnę na stare lata, ale… odrobinę za cicho jest.
  2. jakość dźwięku nie jest doskonała. znów: nie wiem czy to nie wina konkretnego kina, albo może moich audiofilskich zboczeń, ale przy odpowiednich natężeniach czadu przejrzystość dźwięku jest żadna, a poza tym bas zbyt często wpadał w rezonans (to ewidentnie wina dźwiękowców kinowych, należy ich powiesić).
  3. nie wiem, czy dobrym sloganem reklamowym dla “U2 3D” jest stwierdzenie, że pozwala się nam doświadczyć wrażeń koncertowych. tak samo nie wierzę w zmierzch koncertów rockowych i zastąpienie ich projekcjami 3D. ten film jest jednocześnie czymś mniej niż koncert i czymś więcej niż koncert. mniej, bo stopa perkusji nie trzęsie całym naszym ciałem, ale i więcej, bo zaglądamy okiem obiektywu w każdy zakamarek. to jest po prostu coś innego.

i cóż, mam jeszcze czwarty zarzut, ale niestety nie mieści się on w ramach znacznika <li></li>, bo jest za ciężki. ów zarzut to rzemiosło.

kochani moi, tak się tu zachwycam i z podziwu wyjść nie mogę, jak to przepięknie mój ulubiony zespół gra, że aż mnie to przeraża. oczyma duszy zerkam w niedaleką przeszłość i oglądam film jeszcze raz. nie ma tam zbędnej nuty, nie ma żadnego błędu, wszystko jest tak perfekcyjne, że aż straszne. każda sekunda tego filmu jest idealnie wyreżyserowana. na dodatek nie czuję, że oglądam koncert z trasy “Vertigo Tour”, która miała w założeniu promować ostatni album grupy, czyli How To Dismantle An Atomic Bomb. gdzie są piosenki z tej płyty? dlaczego jest ich tak mało? przecież w czasach “Wide Awake in America”, “The Unforgettable Fire”, “Zoo TV” czy “Pop Mart” zespół koncentrował się na promowaniu najnowszego materiału, a szlagiery były dodatkami, bo przecież publika pragnie je usłyszeć. nie opuszcza mnie natomiast wrażenie, że od czasu “Elevation Tour” koncerty zespołu to głównie perfekcyjnie wykonane hity, coś jakby the best of na żywo, a rzekomo promowany materiał z najnowszych nagrań jest tylko dodatkiem. nie wiem, być może to krzywdząca opinia, ale obawiam się, że U2 staje (stało?) się zespołem fantastycznych rzemieślników. przykre.

jeśli jednak przymknąć na to oko i przeżywać “U2 3D” na sposób, że tak to ujmę, pierwszego rzędu (w sensie: bez wznoszenia się na meta poziom), to mamy zagwarantowaną prawie ponad godzinę kapitalnego show w wykonaniu genialnych muzyków. warto pójść, dasNichts poleca jak cholera.

blog comments powered by Disqus