rytm mojego życia wyznaczają obsesje konsumpcyjne. zresztą nie tylko mojego, różni ludzie różnie się napalają. moje obsesje mają jednak to do siebie, że zazwyczaj dotyczą przedmiotów martwych (i’m sorry) i zazwyczaj są raczej niespełnialne. przypomnijmy kilka ostatnich.
tak. to by było na tyle, jeśli chodzi o tzw. obsesje stałe/regularne. istnieją oczywiście mniejsze, dotyczące przedmiotów całkiem tanich (“jaka fajna płyta!”) lub skrajnie drogich (“takiego Enzo to mógłbym mieć”) lub dotyczące spraw niematerialnych (“właściwie to chciałbym zostać kosmonautą”), ale te, podobnie jak obsesje kulinarne, zostawmy. istnieje bowiem jeszcze jedna, która wraca co kilka lat. właśnie dlatego piszę dziś o obsesjach, bo wspominana właśnie powracająca wróciła do mnie w piątek i trzyma jak na razie całkiem nieźle. chodzi mianowicie o obsesję motoryzacyjną.
wszyscy, którzy mnie jako tako znają dobrze wiedzą, że od małego wertowałem katalogi samochodowe i znałem większość modeli na pamięć (pobieżne dane techniczne również, cen wcale). lubię samochody, lubię motocykle, nie mam prawa jazdy. nieco to dziwne, ale właśnie zrozumiałem dlaczego jest jak jest.
otóż jest tak z dwóch powodów. pierwszy dosyć prozaiczny: nie mam samochodu (znaczy mam, ale nim nie jeżdżę), a nawet gdybym miał, to nie widzę dla niego na razie zastosowania. drugi natomiast jest dużo poważniejszy: obsesja motoryzacyjna do tej pory nie posiada żadnego UOSa! nie ma bowiem takiego samochodu ani takiego motocyklu, który by w pełni ujarzmił tę manię. Enzo? zbyt dosłowne. Continental? zbyt brytyjski. Challenger? pretensjonalny. Fiat 500? pedalski. Donkervoort? za zimny. Evo? ograny. “Szóstka”? dresiarska. to może chociaż SL63 AMG? odpada, bo to samochód dla grubego Niemca. i taką wyliczankę mógłbym tu snuć bez końca, ale nie miałoby to większego sensu. lepiej spróbować jakiś wymierny efekt sprawić, jakiejś pomocy od czytelników wołać, czyli lepiej wejść w motocykle.
bo z motocyklami to nieco lepiej, zawsze wiedziałem, że liczy się tylko kilka modeli. Fat Boy (ale nie dla mnie, zbyt niepoważnie wyglądam), Moto Guzzi V11 (nie produkują już), Yamaha V-max (najlepiej od Egli, ale problem ten sam co w wypadku Guzzi) i wreszcie jakaś konkretna beemka. bo trzeba wam wiedzieć, drodzy czytelnicy, że o ile samochody z Monachium są do cna dresiarskie, o tyle motóry — wcale.
zachorowałem ponownie na model K 1200 LT, jeden z tych turystycznych. stałem sobie na przystanku i czekałem na autobus (w okresie intensywnego pylenia traw nie jeżdżę na rowerze), aż tu nagle jakiś gościu pomknął na takim właśnie przepięknym BMW Puławską. od tamtej chwili moje myśli nieustannie wracają do pomysłu “zróbmy prawo jazdy kategorii A”. czy wy to czujecie, ludzie? turystyczny motor z pełnym bakiem, Karolina na siedzeniu pasażera i europejskie drogi czekające tylko, żeby je przemierzać. cenę tego cacka na razie przemilczamy, bo najważniejsze to wiedzieć, że to na pewno ten. bo może lepszy by był R 1200 RT, może bardziej uniwersalny? a może jeszcze bardziej sportowy, K 1200 GT? bo w Hondę GoldWing nie ma co inwestować, tyle tego jeździ po drogach, że wcale bym się nie wyróżniał. no nie wiem naprawdę. powiedzcie mi ludzie, powiedzcie wszyscy, na co mam swoją obsesję skierować. inaczej nad niczym innym nie będę się mógł skupić.