pamiętam jak kiedyś przeczytałem ciekawy artykuł na temat tego zespołu, bodajże w “Wyborczej”. autor na początku zaznaczył, że kompletnie nie rozumie fenomenu, nie pociąga go muzyka tej grupy (uważa, że nieco archaiczne i komiczne dziś brzmienie) i w ogóle nie pojmuje, co ludzie w nich widzą. wszystko do czasu, bo wystarczy pójść na koncert.
Depeche Mode, bo o nich mowa, to faktycznie grupa koncertująca bardzo dużo i wyczyniająca z publiką cuda (autor wspominanego wyżej tekstu pisał recenzję koncertu z katowickiego spodka). mnie na tym koncercie nie było, ale gdy tylko wpadło mi w ręce nagranie live “One night in Paris” (trasa Exciter, Paryż 2001) i zobaczyłem, co się na tych koncertach dzieje, złapałem bakcyla.
no bo tak: Depeche Mode gra muzykę określaną jako synth-pop, czyli plastikowe bity. brzmią faktycznie niczym british gay disco, na dodatek jak się popatrzy na zdjęcia Martina Gore’a w pełnym makijażu i z przyklejonymi piórami (sic!), to robi się tylko gorzej. na koncertach wszystko przenosi się do innego wymiaru. perkusja jest żywa, Dave Gahan porywa publikę w sposób niewyobrażalny, zaczynamy bardziej zwracać uwagę na kapitalne teksty i melodie, na przejmujące duety wokalne Dave’a i Martina, a efektu dopełniają scenografie projektowane często przez Antona Corbijna. i gdy się już posłucha nagrań koncertowych, to można spokojnie usiąść i zacząć doceniać studyjne. przynajmniej tak było w moim wypadku.
jako piosenkę na dziś proponuję kawałek “World in my eyes” z płyty “Violator” (1990, tutaj nagranie live z koncertu w Mediolanie, luty 2006). gramy.
Play count: 20